Witam w pierwszej odsłonie rubryki!
Miało być o Foggu, niestety Babcia zdeptała, podpaliła i zdmuchnęła tę koncepcję, dlatego jednym ze skutków tego sabotażu jest poślizg w realizacji tematu. W kwestii sprostowania: swego czasu, poczciwa ma Babcia, raczyła mnie nieraz anegdotą o tańcu ze znanym piosenkarzem – Mieczysławem Foggiem, autorem takich hitów jak „Ta ostatnia niedziela”, czy „Tango milonga”, etc.. Podczas naszych redakcyjnych posiedzeń zrodziła się w mej głowie myśl. Och, jakże myśl niemal wybitna! Cóż za genialny temat! Fogg! Babcia, z pewnością opowie mi o nim nie jedno. Wszak jego kariera trwała blisko 60 lat. Ludzie wtedy byli nim zachwyceni. Miał gość to coś!
Wstrzymując się do ostatniej chwili, gdy miało też dojść do mojego skromnego, niby to wywiadu z Babcią, trwała we mnie nieskalana koncepcja naprawdę dobrego flashback'u. Doskonałego, by otworzyć rubrykę. Gdy już zasiadłem do rozmowy z seniorką, ta rozpoczęła robić zwody, niczym nieśmiały Boniek.
- Fogg? Jaki Fogg? - spytała mrużąc oczy.
- No.. Mieczysław Fogg, ten z sanatorium – zachęcałem.
- Fogga nie było w sanatorium – stanowczo zaprzeczyła Zofia.
- Jak to? Przecież mówiłaś, że tańczyłaś z Foggiem w sanatorium.
- Nie, to nie był Fogg, to był mężczyzna strasznie podobny do niego, ale później oświadczył wszystkim, że nie jest Foggiem. - odpowiedziała bezinteresownie.
- To gdzie widziałaś Fogga? Myślałem, że opowiesz mi jaki on był! - oburzyłem się.
- Jaki był każdy widział. No, przystojny był, widziałam go jak śpiewał, gdzieś tam. – skwitowała.
Koniec końców, musiałem porzucić pierwotną koncepcję i na tym zakończyła się moja walka o Pulitzera, przynajmniej posługując się sylwetką pana Mieczysława. Postanowiłem poszukać innej, jakże by inaczej, wartej przypomnienia postaci.
Dołęga nie tylko z nazwiska
Z pewnością każdy z Was, moi drodzy czytelnicy, kojarzy taki film - z Czarkiem Pazurą - który się zwał „Kariera Nikosia Dyzmy”. Jest to pewnego rodzaju remake równie, jeżeli nie bardziej znanego serialu lat 80tych w reżyserii Marka Nowickiego i Jana Rybowskiego. Ów serial oparty był na powieści Tadeusza Dołęgi – Mostowicza. Ta właśnie postać będzie dziś obiektem retrospekcji.
Dołęga – Mostowicz był swego czasu najbardziej kasowym pisarzem II RP. Jeździł gość białym buickiem, mieszkał w sześciopokojowym apartamencie u zbiegu ulic Pięknej i alei Niepodległości w Warszawie. Zarabiał bajońskie sumy. Dochodziły one nawet do 15 tys. miesięcznie i może nie byłoby to nic wielkiego, gdyby nie fakt, że zarabiał je w dolarach, a dolar kosztował wówczas 5zł. Ach... gdyby dziś polski pisarz mógł tyle zarabiać, z pewnością poświęciłbym się, choćby grafomanii.
Do rzeczy jednak. Postać tę wybrałem m.in. z powodu tego, że chciano ją za wszelką cenę wykreślić z z historii XX-lecia międzywojennego. Staję więc w opozycji i piszę.
Mimo, iż krytycy i cenzura tak bardzo starali się przeciwdziałać Dołędze - Mostowiczowi, ten - przez poruszanie spraw politycznych, społecznych, etycznych, jak i obyczajowych ówczesnego okresu - zapewnił sobie stałą obecność w obiegu czytelniczym, współczesnym. Sięgają po jego powieści bowiem ludzie, w których pamięci okres międzywojenny jest wciąż bardzo żywy, jak również osoby tym okresem po prostu zainteresowane.
TDM urodził się w Kresach, 10 sierpnia 1898 r. Pochodził z rodziny ziemiańskiej, miał rodzeństwo, ojciec jego był prawnikiem. Przyszły – jeszcze wtedy – pisarz okazywał się być bardzo utalentowanym. Miał dryg do wielu rzeczy. Zachowała się pewna anegdota dotycząca jego biografii.
Opowiadał sam:
„Fatalną właściwością moich dziecinnych marzeń i pragnień było to, że wszystkie bardzo szybko urzeczywistniały się. Jakże można długo cieszyć się nadzieją, że człowiek zostanie stangretem, gdy już w 8 roku życia nieźle umie powozić parą koni, a nawet tandemem. Cóż zostanie z marzeń o szoferce gdy już w 11 roku z trudem sięgając nogami do pedałów kieruje autem. Cóż zostanie z rojeń o przygodach Old Shatterhand'a, chłopca który ma dość wyobraźni, by uwierzyć, że strzelając do wron lub zajęcy tępi całe masy podstępnych Komanczów. I tak już zostało dalej. Po zapoznaniu się z historią powstań, chciałem zostać spiskowcem, ale już od pierwszych klas gimnazjalnych należałem do do tajnych organizacji patriotycznych ponosząc wszystkie tego konsekwencje. Z kolei zachwycony trylogią Sienkiewicza widziałem siebie z szablą w dłoni, w brawurowej szarży kawaleryjskiej. Byłem jeszcze gołowąsem, gdy i to marzenie się ziściło.”
Rozpoczął pracę jako zecer, pracował w drukarni „Rzeczpospolitej”, z czasem wstąpił do redakcji. Pierwszy raz napisał do gazety, gdy kolega z pracy, mający w obowiązku napisać felieton nie zrobił tego na czas. Mostowicz, pisze ten felieton za niego. Tak rozpoczyna publikować, w tym także pisuje recenzje teatralne i z czasem artykuły polityczne. „Rzeczpospolita” była w tamtym czasie gazetą endecką. Sam świeży publicysta również nie darzył sanacji empatią. Widocznie także, w jakiś sposób dał to poznać dotkliwie w jednym ze swoich artykułów. Równie dotkliwy stał się dla niego rewanż, ponieważ „w obronie honoru armii”, w 1927 r. bojówki Piłsudskiego straszliwie pobiły Mostowicza. Wrzucono go do glinianki w Jankach i gdyby nie przechodzący tamtędy poczciwy chłop, tamten utonąłby. Historii tej pisarz używa w „Znachorze”. Pobicie, już wtedy znanego DM, wywołało falę oburzenia w stolicy. Słynne Wiadomości Literackie również ostro zaprotestowały przeciw tego rodzaju metodom.
Od 25' zasiadł do sensu stricte literackiej pracy. W 1931 r., w dzienniku ABC, zaczęła pojawiać się prawdopodobnie najgłośniejsza powieść TDM – znana dziś bardzo dobrze „Kariera Nikodema Dyzmy”(1932). Była to swoista zemsta na grupie sanacyjnej. Fragmenty tej powieści zostają jednak skonfiskowane. Jednak interwencje cenzury, przeciwnie dla założeń, dodały rozgłosu powieści. Niemalże, z dnia na dzień jego autor staje się niezwykle sławny.
Niebawem, po „Dyźmie” ukazała się „Ostatnia brygada”(1932) w wydaniu książkowym, następnie „Czeki bez pokrycia”(1933) - jedna z powieści podpisanych pseudonimem W. M. Dęboróg. Od 31' do 39' Mostowicz wydrukował 17 powieści. Co rok prorok, jak nie dwóch. Tematy czerpał z życia, co znacznie wpływało na poczytność. Przewidywał, iż sztuka filmowa zacznie odgrywać niebagatelną rolę w niedalekiej przyszłości. Stąd np. „Znachor” w pre-wersji napisany był jako scenariusz filmowy. Rozpoczął także prowadzić działalność charytatywną i fundował własne stypendia.
Dołęga cenił czytelnika. Odwoływał się często do jego wiedzy, do jego próżności, używał słów obcych, ale i zrozumiałych dla odbiorcy, by poczuł się on „podniesiony nieco wyżej”. Co więcej, Mostowicz potrafił cały czas aktualizować swe powieści. To, co pojawiało się na pierwszej stronie gazety, kilka tygodni później odnaleźć można było na łamach powieści drukowanej na jej końcu. Widać w tej twórczości też ówczesną szpiegomanię, niechęć oficjalnej prasy wobec lewicy, w tym komunistów, nieudolność dyplomacji i życie ponad stan. Pokazywał karierowiczów, salony, środowiska urzędnicze, prawdziwe ulice i dzielnice, ubóstwo i bezrobocie. Natomiast w autoironii mówił:
„Ilekroć wprowadzałem do swej powieści jakiś ujemny typ, zawsze znalazła się grupa ludzi oburzonych. W ten sposób w ciągu kilku lat dowiedziałem się, że nie znam ziemiaństwa, chłopów, dentystów, robotników, adwokatów, przemysłowców, fryzjerów, szoferów, inżynierów, pisarzy gminnych, kolejarzy, literatów, właścicieli magli parowych, rzeźników, akuszerek, dziennikarzy, radioamatorów, Żydów, bankowców, hydraulików, aktorów, kominiarzy, kobiet, mężczyzn, dzieci. Jeżeli dotychczas nikt jeszcze nie zakwestionował mojej erudycji w świecie niemowląt, to tylko dlatego że niemowlęta nie umieją pisać. Pewien znajomy redaktor opowiadał mi, że kiedyś zgłosiła się do niego delegacja związku akuszerek, z płomiennym protestem przeciw wprowadzaniu przeze mnie do jednej z powieści postaci akuszerki zajmującej się niedozwolonymi sprawami. Wtedy zrozumiałem dopiero, że w Polsce czarnym charakterem może być tylko analfabeta lub niemowlę.”
Mostowicz, jak uważał prof. Józef Rurawski, był „self made manem”. Sam siebie stwarzał, kreował się jako pisarz pierwszorzędnie drugorzędny. Jedna z jego wypowiedzi brzmiała: „Ja nie piszę, tylko zarabiam. Gdy zarobię wystarczająco dużo i zbiję majątek, wezmę się do pisania czegoś wielkiego i prawdziwego. Myślę, że nastąpi to, gdy skończę pięćdziesiątkę”. Zrozumiał jakie wymagania stoją przed obiegiem popularnym, jak denny i mało strawny to obieg. Nie skandalizował jednak sam dla celów reklamowych, był skromny, co widać w jego powieściach (np. „Profesor Wilczur”, 1939).
Przed wojną Mostowicz rozpoczął deklarowaną pracę nad trylogią historyczną o dziejach trzech Bolesławów: Chrobrego, Śmiałego i Krzywoustego. Prowadził dogłębne studia historyczne, zdążył nawet ukończyć pierwszy tom.
„Są trzy rzeczy wieczne: wieczne pióro, wieczna miłość i wieczna ondulacja. Najtrwalsze z tego wszystkiego jest wieczne pióro”
- T. D. M.
W momencie wybuchu II wojny światowej, Mostowicz znalazł się w przygranicznym miasteczku Kuty, gdzie organizował obronę i prowiant oraz gdzie, 17 września 1939 r.- jak opowiadał prof. Józef Rurawski, badający biografię pisarza - ubrany w mundur, jadąc ciężarówką z transportem chleba, prawdopodobnie nie zareagował na okrzyk żołnierza skierowany do niego. Został zastrzelony serią z karabinu maszynowego. Przypuszcza się też, że Mostowicz zginął z ręki sowietów, którzy wchodzili wówczas na tereny Kut.
Władze PRL przez wiele lat nie chciały dopuścić do ekshumacji zwłok i sprowadzenia ich do Polski. Zgoda została wydana dopiero w 1978 r. Pisarz został pochowany na warszawskich Powązkach.
Mimo wycofania z bibliotek i niszczenia książek tego pisarza na początku lat 50tych, w obiegu krążyły ręczne powielane odpisy. Świadczy to, że ludzie odnajdywali tam ważne dla siebie wartości. Powieści Tadeusza Dołęgi – Mostowicza faktycznie takie wartości przekazywały i z pewnością były to honor, uczciwość, dobro i praca dla innych. Zapraszam do przybliżenia sobie jego twórczości, choćby po to, by spojrzeć na poruszaną przez niego ponadczasową problematykę i dostrzec, w czym krytykom przeszkadzał.
by yerbert





.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz