Stałem sam, pośród tłumu. Jego oczy – zlęknione, szeroko otwarte – spoglądały na mnie z obojętnością. Czas stanął w miejscu, tylko gwiazdy zdawały się wciąż zmieniać na niebie. Cisza rozbrzmiewała echem wokół mnie, odbijała się od ścian Ziemi by powrócić i uderzyć z podwójną siłą. Ruszyłem z prądem rzeki, nie mając pojęcia, dokąd ten prąd zmierza. Szedłem spokojnie, co jakiś czas potrącało mnie czyjeś ramię.
Szedłem ulicami starego miasta Varanasi, gdzie śmierć przynosi zbawienie. Jednak nie czekała mnie tu ani śmierć, ani zbawienie. Moja samotna wędrówka pośród innych miała trwać wiecznie – póki świat ma jeszcze dość siły, by kręcić się wokół własnej osi, okrążając jednocześnie szkarłatne, umierające Słońce. Dookoła stare świątynie powoli obracały się w pył. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, proch zostanie zdmuchnięty. Wiatr szarpał resztkami mojego ubrania, nie wydając przy tym nawet szeptu.
Krzyk rozległ się nagle, jak piorun rozdzierający drzewo na pół. Lecz zamiast natychmiast - jak piorun – zniknąć, rozbrzmiewał w mojej głowie, która rozpadła się na milion kawałków. Upadłem na kolana, ból był ogłuszający. Jakby sam Budda, na przekór swojej naturze, zapragnął nagle ukarać mnie za moje grzechy. Jeśli tak to miało się skończyć, niech skończy się teraz. Tu i teraz, pośród milczącego, przerażonego tłumu. Ale tłumu nie było – klęczałem zupełnie sam, pośród starych murów i zniszczonych wierz.
Tak nagle jak się pojawił, krzyk ustał. Leżałem na zakurzonej drodze, sparaliżowany poczuciem ulgi. Po chwili moje mięśnie odzyskały wolną wolę, oczy odzyskały ostrość widzenia. Wstałem z klęczek, wiatr chłodził moją twarz. Cisza znów rozbrzmiewała w uszach, jednak świat zmienił się – budynki zniknęły, przykryte czasem i piaskiem. Tak jak gwiazdy, zastąpione przez Słońce koloru krwi. Czas nadal nie istniał, ale czułem, że koniec jest bliżej, niż kiedykolwiek. Zbliża się okres ciemności, czas największej próby. Ruszyłem pustą drogą, nie potrącały mnie żadne ramiona. Samotność dodała mi sił, mogłem iść szybciej i dłużej. Ciszę przerywał teraz śpiew – lament, z każdym krokiem głośniejszy. Opłakiwał to, co utracone. I koniec, który miał nadejść. Koniec był bliżej, niż kiedykolwiek.
Autor: Michał Kobielski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz