Nasz Facebook Google plus Twitter

poniedziałek, 15 lipca 2013

Ekspress Osobowości


Co przyniesie dzień II?  Ciąg dalszy opowiadania w odcinkach.






DZIEŃ II
1. Poranek
Pierwsze godziny drugiego dnia przypominały poranek na kacu – noc spędzona przy wraku samolotu przyprawiła mnie o niemiłosierny ból głowy, w uszach szumiało mi jak w muszli wyjętej z oceanu. Wyjątkowo, potrzeby fizjologiczne, takie jak pragnienie czy głód zeszły na drugi plan. Usiadłem na stercie piasku, który w nocy służył mi za poduszkę, próbowałem rozeznać się w sytuacji. Słońce wisiało tuż nad horyzontem, było koloru krwistoczerwonego – nie mogłem jednoznacznie stwierdzić, czy dopiero wzeszło, czy miało dopiero w zamiarze udać się na spoczynek. Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu pozostałej trójki. Każde z nich spało w pewnym oddaleniu od reszty, jednak wystarczająco blisko, żeby móc wzajemnie chwycić się za rękę – powiedzmy na długości ramienia. Dopiero teraz dotarł do mnie chłód poranka, napierający ze wszystkich stron. Lekkie strzępy mgły wystawiały swoje poszarpane brzegi tuż poza krawędź lasu, jednak nie odważyły się wysunąć nawet centymetr poza skalne bloki stojące w idealnie równych odstępach – zupełnie jakby powstrzymywał je przed tym niewidzialny mur. Sam las wydawał się idealnie czarny i idealnie gładki – był jednocześnie upiorny i fascynujący, jakby przyciągał mnie do siebie, zachęcał to przekroczenia swoich na pozór nieprzekraczalnych granic. Nieświadomie podszedłem bliżej, bo obu stronach miałem olbrzymie głazy – gdybym rozłożył ramiona byłbym w stanie dotknąć obu w tym samym momencie. Gdy tylko przekroczyłem granicę wyznaczoną przez skały, las przestał być gładki. Mogłem rozróżnić pojedyncze drzewa i cienie pomiędzy nimi. Cienie, które zdawały się bez przerwy poruszać i zmieniać kształt. Miały w sobie coś przerażającego, jakby w cieniu czaiła się zmaterializowana wersja wszystkich moich lęków, tych przeszłych i tych obecnych. Gdy odwracałem się chcąc powrócić na plażę, zobaczyłem ją. Upiorna twarz, dokładnie na wysokości mojej własnej, z oczami koloru moich własnych, w których odbijały się nieliczne promienie słońca wiszącego tuż nad horyzontem. Znieruchomiałem, nie mogłem wydać z siebie głosu. Możliwe, że nawet przestałem oddychać. Jej oczy wpatrywały się we mnie, zimne i nieruchome.


cdn.

Autor: Michał Kobielski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz