Puste ulice. Całe miasto przypominało opuszczoną jaskinię – najwyższe piętra wieżowców ukryte były we mgle, która okalała praktycznie całą wyspę. Jednak mój cel był widoczny niemal jak na dłoni – wysokie okno na trzydziestym trzecim piętrze Opuszczonego Budynku. Było oświetlone jaskrawym światłem bliżej nieznanego pochodzenia. W połączeniu z wszech obecną mgłą owo okno wyglądało jak blady Księżyc – pamiętam go, jakbym widział go ostatniej nocy – który przestał świecić wiele lat temu. Jego życie dobiegło końca. To samo miało stać się ze mną w ciągu najbliższych minut (a może godzin?).
Zabawne, ale te puste ulice, przecinane jedynie mroźnym wiatrem, który zdawał się uderzać ze wszystkich stron jednocześnie, dawały mi poczucie spokoju i jedności ze światem – nawet jeżeli był on pusty od bardzo dawna.
Zawsze ceniłem sobie samotność. W ostateczności każdy przecież kończy samotnie, nieważne ile osób zgromadzi wokół siebie. Jednak mi samotność pozwalała uporządkować myśli, porozmawiać z samym sobą bez konieczności udawania czegokolwiek lub kogokolwiek.
Nie wiem jakim sposobem (można powiedzieć, że czas i przestrzeń przestały mieć dla mnie znaczenie) znalazłem się przed zniszczonymi drzwiami Opuszczonego Domu. W cieniu naprzeciwko majaczyły równie stare schody, wiodące na górę. Sama wspinaczka na piętro 33 była dosyć przyjemna – stopnie były wytarte przez setki tysięcy stóp, należących do osób, które już dawno przestały istnieć. Po kilku godzinach (minutach?) dotarłem na górę i stanąłem przed wysokim oknem. Tajemnicze światło jakby przygasło, zdawało się padać z góry, bardziej z lewej strony. Otworzyłem okno, skrzypiało straszliwie. Po ciszy panującej na ulicach przypominało to krzyk umierającej kobiety. Spojrzałem w dół – mgła zniknęła, wieżowce pogrążone były w przytłumionym świetle starych żarówek. Dziwne, że prąd wciąż dociera do tej jaskini. Wiatr był tu znacznie słabszy, niż można się było spodziewać.
- Już czas – usłyszałem Głos. Nie byłem zaskoczony – ów Głos towarzyszył mi nieprzerwanie od dwudziestu lat. Zazwyczaj odzywał się w najmniej oczekiwanych momentach ale teraz można powiedzieć, że oczekiwałem Go. – Już czas – powiedziałem na głos. Otworzyłem okno najszerzej jak się dało. Spojrzałem z góry na opustoszałe miasto. Zdawało się być zastygłe w oczekiwaniu. Nie chcąc kazać mu czekać, postawiłem najważniejszy krok w moim życiu - w dół, przez wąski parapet. Spadanie również okazało się inne, niż oczekiwałem. Wszystko przebiegało bardzo powoli, w zupełnej ciszy, która aż dzwoniła w uszach. Przez większość podróży starałem się mieć zamknięte oczy, jednak gdy uchyliłem powieki na kilka sekund (a może minut?) przed uderzeniem, zobaczyłem Ich – w każdym oknie każdego budynku, na chodniku, na środku ulicy obok porzuconego szkolnego autobusu. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu moje nieruchome serce przepełniło jakieś uczucie. Było to przerażenie, największe, jakie kiedykolwiek doznałem. Potem była już tylko ciemność, gęsta i dusząca.
I Głos. Powrócił. Lecz tym razem było inaczej – po raz pierwszy ujrzałem Jego twarz, a raczej twarze. Setki twarzy zmieniających się w jakimś nieokreślonym, chaotycznym rytmie. – Stało się – powiedziały Twarze. Wiedziałem, co to oznacza – czas się skończył, pozostała tylko ciemność (gęsta i dusząca). Ostatnia istota ludzka przestała istnieć. Na zrujnowanej Ziemi pozostali tylko Oni.
Księżyc przestał świecić setki lat wcześniej.
Autor: Michał Kobielski
Autor: Michał Kobielski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz