DZIEŃ I
- Początek.
Na początku była ciemność, parafrazując pierwsze zdanie z Księgi Rodzaju. Nigdy nie byłem specjalnie wierzący, a tym bardziej nie czytałem Biblii, ale w tym przypadku ten opis jest bardzo trafny, trudno o trafniejszy. Przed ciemnością nie było niczego, co jestem sobie w stanie przypomnieć. Możliwe też, że w ogóle nie było czego sobie przypominać – zupełnie jak w Księdze Rodzaju. Nie mam pojęcia gdzie jestem, nie mam pojęcia kiedy. Nie pamiętam swojego imienia, ale sam fakt, że pamiętam iż powinienem to imię posiadać, jest dość satysfakcjonujący. Przynajmniej moja samoświadomość pozostała, jako tako, nienaruszona. Wszystko inne – słych, dotyk czy węch – jak na razie nie funkcjonowało, przynajmniej nie w stu procentach. Jedyne, co mi pozostało to czekać. Tak więc czekałem.
- Zmysły.
Pierwszym zmysłem, który odzyskał sprawność działania był słuch. Słyszałem je wyraźnie – krzyki i nawoływania, dobiegające jakby z drugiego końca długiego tunelu, przez który w godzinach nocnych przejechać mogą tylko ciężarówki. Drugim dźwiękiem, będącym tłem dla tych okrzyków był miarowy, jednostajny szum. Morza lub oceanu - nigdy nie potrafiłem ich odróżnić. Mogło to nawet być jezioro, chociaż musiało być ogromne – tylko na prawdę ogromne jezioro było by w stanie wydać taki szum. Jako drugi zareagował dotyk. Pod palcami (zdawało się, że mam ich cały komplet, wszystkie dziesięć) czułem mokry piasek, taki sam, jaki można spotkać na każdej plaży na świecie. Może z wyjątkiem tych kamienistych. Tak więc mamy plażę i morze lub ocean, jedno z dwojga. Teraz pozostaje mi poczekać aż oczy zaczną pracować normalnie i jesteśmy w domu, zagadka miejsca mojego pobytu rozwiązana. Przynajmniej w pewnym stopniu. Po raz kolejny moja cierpliwość została wystawiona na próbę, ciemność zaczęła ustępować dopiero po bardzo dłuższej chwili. Otwieranie oczu po tak długiej przerwie przypominało próby wieszania wypranej bielizny w czasie huraganu piątego stopnia. Jest to oczywiście niewykonalne, jednak z drugiej strony przy tak silnym wietrze pranie wyschło by w trzy minuty. Po bardzo długim czasie, który w rzeczywistości okazałby się trzydziestoma sekundami, góra jedną minutą, udało mi się otworzyć oczy.
Pierwszą rzeczą, którą ujrzałem moimi nowonarodzonymi oczami był but – zwykły trampek, średniego rozmiaru, który z pewnością mógł należeć do nastolatka lub młodej kobiety. Jednak właściciela przy nim nie było. Byłem zupełnie sam, otaczało mnie może wilgotnego, plażowego piasku. Kilka metrów dalej nieśmiałe fale prawdziwego morza lub oceanu rytmicznie obmywały miejsce, w którym woda spotyka stały ląd. Wydaje mi się, że istnieje na to jakaś konkretna nazwa ale nie jestem w stanie jej sobie przypomnieć. Możliwe też, że nigdy jej nie znałem i wątpię, czy kiedykolwiek poznam. Nikt nie ma czasu poszukiwać odpowiedzi na takie banalne pytania. Jak się na tej plaży znalazłem – co jest w tym momencie znacznie ważniejszym pytaniem – wciąż pozostawało dla mnie tajemnicą. Ponownie usłyszałem krzyki. Próbowałem zwrócić głowę w ich kierunku, jednak moje mięśnie omawiały posłuszeństwa. Przypominały sznur naciągnięty przez wspomniany wcześniej huragan. Udało mi się wstać. Trwało to mniej więcej tyle, ile niepewnym rękom zajmuje włożenie nitki w okrągły koniec igły, chyba nikt nie zna jego poprawnej nazwy. W każdym razie trwa to o wiele dłużej, niż powinno i wywołuje niepotrzebne uczucie frustracji. Gdy stanąłem na nogach, w miarę prosto, rozejrzałem się dookoła. Moją uwagę od razu przykuło piękno tego miejsca – takie widoki można zobaczyć wyłącznie w katalogach biur podróżniczych, zachęcających do wydania świeżo zarobionych pieniędzy na dwutygodniowe wakacje. Plaża kończyła się z jednej strony lazurowymi wodami morza lub oceanu, natomiast z drugiej okalał ją las - zielona ściana, której pilnowały, niczym wartownicy, dwa ogromne bloki skalne, tkwiące dokładnie pionowo w złotym piasku. Przez moją głowę przemknęła myśl, że umieściła je tam celowo jakaś ogromna siła, niedająca się z niczym porównać. Tymczasem krzyki przybierały na sile. Usiłując zlokalizować ich źródło, przemierzyłem spory kawał plaży, mijając rozłożone niemal w idealnych odstępach pionowe skały nieznanego pochodzenia. Za jedną z nich, większą niż pozostałe, ujrzałem widok, którego nie zapomnę zapewne do końca mojego krótkiego życia. Wstrząsające, poruszające i chaotyczne – miejsce, w którym wszystko ma swój początek oraz w którym, jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, po raz ostatnio ujrzę innego żywego człowieka. Jednak zanim to nastąpi, czeka mnie cała seria wydarzeń, część z nich zaplanowanych, część podstawionych przez los. Ale jedno wiem na pewno – każda minuta, począwszy od momentu, gdy ujrzałem płonący wrak samolotu, miała zmienić moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Plus minus.
- Ogień.
Ogień był wszędzie. Jedynym fragmentem wolnym od płomieni był kawałek ogona, na którym wciąż można było odczytać numer samolotu. Pewnie nie ma to większego znaczenia, ale te liczby zapadły mi w pamięć na bardzo długo. 303. Nie mam pojęcia, ile osób było na pokładzie, nie jestem nawet pewny czy ja byłem na pokładzie. Przeżyło bardzo niewielu. Wokół wraku plątały się zaledwie trzy osoby. Czwarta osoba, kobieta, leżała kilka metrów dalej. Brakowało jej jednego buta, mogłem się założyć, że był to trampek, którego widziałem wcześniej. Pozostała przy życiu trójka najwyraźniej doszła do wniosku, że nikogo więcej nie da się uratować i niemal w tym samym momencie opadli na piasek. Podszedłem do nich. Wysoki, ciemnoskóry mężczyzna, niska Azjatka i biały młody chłopak. Nie żeby miało to jakieś znaczenie ale zauważyłem, że każdy reprezentuje inna rasę, inny kontynent. Poza mną oczywiście – byłem mieszańcem, sam do końca nie wiedziałem skąd pochodzę, kim są lub byli moi rodzice. Wychowała mnie Ziemia, w żadnym kraju nie spędziłem wystarczająco dużo czasu, aby móc nazwać go domem.
- Co się stało? – spytałem. Nikt nie odpowiedział, może nie mieli siły mówić. Lub po prostu nikt mnie nie zrozumiał – zdałem sobie sprawę, że przez moje ściśnięte gardło nie przechodzi żaden dźwięk. Mężczyzna spojrzał na mnie i bez słowa podał mi butelkę wody. Wypiłem kilka dużych łyków – było to jak skok z wodospadu Niagara po przebyciu pieszo Wielkiej Pustyni Piaszczystej w Australii. Umysł mi się rozjaśnił, woda, chodź smakowała okropnie, wszczepiła trochę energii w moje ciało.
- Co się stało? Gdzie jesteśmy? – spróbowałem ponownie.
- Nikt nie wie, nikt nic nie pamięta – odpowiedziała kobieta.
- We wraku był GPS, chyba wciąż działa – powiedział chłopak – ale coś musi być z nim nie tak, wskazuje współrzędne z północnej Antarktydy.
Mówił z zadziwiającą pewnością siebie, jak na kogoś, kto przed chwilą przeżył katastrofę lotniczą. Dołączyłem do nich na piasku, słońce było coraz bliżej zetknięcia się z linią horyzontu.
- Wygląda na to, że spędzimy tu noc – powiedziałem. Wtedy nie mogłem wiedzieć, że przyjdzie nam tu spędzić zarówno dzisiejszą, jak i pozostałe 302 noce. W każdym razie większości z nas. Nie wszystkim dane było doczekać do końca. Do ratunku.
Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu...
Autor: Michał Kobielski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz